Brian Aldiss
Non Stop
. 17 .
Laur Vyann sta�a w milczeniu przygl�daj�c si� bezradnie
o�ywionemu ruchowi na Pok�adzie 20. Mog�a sta� tylko dlatego, �e trzyma�a si�
wy�amanej framugi drzwi, bowiem w wyniku zniszcze� dokonanych przez oddzia�y
szturmowe Scoyta si�a ci��enia na tym pok�adzie przesta�a istnie�. Wszystkie
kierunki na trzech koncentrycznych poziomach dok�adnie si� pogmatwa�y, g�ra i
d� znalaz�y si� tam, gdzie ich przedtem wcale nie by�o. Po raz pierwszy Vyann
zda�a sobie spraw� z tego, jak genialnie in�ynierowie skonstruowali statek. W
obecnych warunkach po�owa pok�adu nie nadawa�a si� do zamieszkania, pokoje
poodwraca�y si� do g�ry nogami.
Obok Vyann sta�a, tak�e w milczeniu, grupka kobiet z
Dziobu, niekt�re tuli�y do siebie dzieci patrz�c na zag�ad� swoich dom�w. Scoyt,
ubrany tylko w szorty i ca�y czarny od sadzy, przyszed� ju� do siebie po
zatruciu gazem i obecnie rozbiera� ca�y pok�ad, tak jak to robi� poprzednio z
Pok�adem 25. Po otrzymaniu informacji od Complaina, przekazanej przez Vyann,
rzuci� si� do pracy z budz�c� groz� zawzi�to�ci�.
Jego pierwszym posuni�ciem by�a bezzw�oczna egzekucja dw�ch
kobiet i czterech m�czyzn, u kt�rych Pagwam wraz z kilkoma cz�onkami Zespo�u
Przetrwania znalaz� o�miok�tne pier�cienie Obcych. Pod jego twardym
kierownictwem, jak s�usznie przewidywa� Complain, dzia�anie Hawla i jego
towarzyszy zosta�o uj�te w karby i nabra�o celowego charakteru. Poniewa� Gregg z
twarz� i kikutem ramienia w banda�ach by� ca�kowicie nieczynny, Hawl z ochot� go
zast�pi�, a jego zapadni�ta twarz promienia�a, gdy operowa� miotaczem �aru.
Pozosta�a cz�onkowie bandy Gregga pomagali mu ch�tnie, w czym brak si�y ci��enia
wcale im nie przeszkadza�. Nie oznacza�o to bynajmniej, �e s�uchaj� Hawla; po
prostu ��czyli si� z nim w jego demonicznej woli.
To, co kiedy� przypomina�o zgrabny plaster miodu z
korytarzami i mieszkaniami, wygl�da�o obecnie w �wietle licznych latarek jak
wykuta w br�zie scena z fantastycznego snu. Na oczyszczonym terenie, na kt�rym
jednak pozosta�o wiele metalu pod wysokim napi�ciem, tak, �e a� zabi�o pi�ciu
�udzi, d�wigary sporz�dzone ze specjalnego ci�kiego stopu, stanowi�ce sam
szkielet statku, nadal trwa�y nie naruszone. Stercza�y z nich sople l�ejszych
metali, kt�re pod wp�ywem temperatury topi�y si�, sp�ywa�y i ponownie zastyga�y.
Chaosu dope�nia�a woda tryskaj�ca z uszkodzonych rur wodoci�gowych.
W ca�ej tej dzikiej scenerii najbardziej niesamowite
wra�enie robi�a w�a�nie woda. Si�� bezw�adno�ci p�yn�a naprz�d, ale po dostaniu
si� w stref� stanu niewa�ko�ci zatrzymywa�a si� tworz�c zawieszone w powietrzu
krople. Po�oga szalej�c� na Pok�adach 23 i 24 zamieni�a si� w istne piek�o i
spowodowa�a z kolei powstanie silnych pr�d�w powietrza. Pod ich dzia�aniem
krople wyd�u�a�y si� przypominaj�c fantastyczne szklane ryby.
- My�l�, �e zagnali�my Gigant�w w �lepy zau�ek, ch�opcy! -
krzycza� Hawl. - Jeszcze tego snu b�dziecie mieli dosy� krwi, aby nape�ni� ni�
wasze mena�ki!
Z wpraw� rozci�� nast�pne przepierzenie, a otaczaj�cy go
m�czy�ni wydali okrzyk podniecenia. Niezmordowanie odwalali na bok metalowy
z�om.
Vyann nie mog�a ju� d�u�ej patrze� na Scoyta. G��bokich
bruzd na jego twarzy, jeszcze wyra�niejszych w �wietle latarek i ognia, nie
zatar� nawet brak ci��enia. Wydawa�y si� g��bsze ni� zwykle, dla Scoyta bowiem
rozpad �wiata, w kt�rym �y�, by� bardzo bolesnym do�wiadczeniem. W tym zamkn��
si� jego nieustanny po�cig za nieprzyjacielem, a w ma�ym, szalonym Hawlu znalaz�
swoje nowe wcielenie.
G��boko zasmucona dziewczyna odwr�ci�a si�. Rozejrza�a si�
za Tregonninem, ale nigdzie go nie by�o. Biega� pewnie rozpaczliwie po swoim
pokoju; ma�y cz�owieczek, kt�ry zna� prawd� nie mog�c nikomu jej przekaza�.
Trzeba by�o wraca� do Roya Complaina. W swoim obecnym stanie uwa�a�a, �e tylko
jego twarz zachowa�a jeszcze cechy ludzkie. W�r�d og�uszaj�cego huku, jaki
wywo�a�o demolowanie statku, u�wiadomi�a sobie spokojnie, dlaczego kocha
Complaina. Oboje o tym wiedzieli, chocia� �adne z nich tego nie m�wi�o, ale
Complain zmieni� si�, a Vyann by�a jednocze�nie �wiadkiem i przyczyn� tej
zmiany. Wielu ludzi zmieni�o si� w tym czasie, Scoyt r�wnie�. Odrzucili wiekowe
jarzmo przygn�bienia i beznadziejno�ci, podobnie jak to zrobi� Complain, ale o
ile inni zmieniali si� na gorsze, metamorfoza Roya Complaina wznios�a go na
wy�szy poziom.
Pok�ady 19 i 18 zat�oczone by�y lud�mi czekaj�cymi na
nieuchronny kataklizm, z kt�rego niejasno zdawali sobie spraw�. Za nimi, jak
stwierdzi�a przechodz�c tamt�dy Vyann, g�rne poziomy by�y ca�kowicie wyludnione.
Chocia� ciemna sen-jawa ju� min�a, niezawodne dotychczas jak wsch�d s�o�ca
�wiat�a statku nie zap�on�y. Vyann zapali�a latark� przy pasie, trzymaj�c
jednocze�nie paralizator w r�ku.
Na Pok�adzie 15 zatrzyma�a si� nagle.
Korytarz rozja�nia�o delikatne, subtelne, r�owe �wiat�o.
Wydobywa�o si� ono z jednego z otwartych w�az�w. Na oczach Vyann z w�azu powoli
i z trudem wygramoli� si� szczur. Musiano mu kiedy� przetr�ci� grzbiet i mia�
teraz przymocowane do tu�owia co� w rodzaju sa�, na kt�rych spoczywa�y jego
tylne �apy. Przednimi podci�ga� si� bardzo powoli i mozolnie, gdy� sanie
wyra�nie hamowa�y jego marsz.
Jak d�ugo jeszcze potrwa, zanim odkryj� ko�o? - pomy�la�a
ze zdziwieniem Vyann.
Natychmiast po zjawieniu si� szczura nasili�o si� bij�ce z
w�azu �wiat�o. Z otworu wystrzeli�a kolumna ognia, po czym opad�a nieco, aby po
chwili znowu wyrosn��. Przestraszona tym Vyann przyspieszy�a kroku doganiaj�c
szczura, kt�ry spojrza� na ni� przelotnie i oboj�tnie posuwa� si� dalej.
wiadomo�� wsp�lnego z nim cierpienia os�abi�a wstr�t, jaki zwykle czu�a do tych
stworze�. Ogie� nie wywo�a� wi�kszego zainteresowania ze strony mieszka�c�w
statku. Po raz pierwszy Vyanu u�wiadomi�a sobie, �e mo�e ich zupe�nie zniszczy�,
a tymczasem nikt nic nie robi�, aby temu zapobiec. Po�ar rozszerza� si� mi�dzy
poziomami jak nowotw�r i istnia�a obawa, �e gdy wszyscy u�wiadomi� sobie
wreszcie zwi�zane z nim niebezpiecze�stwo, b�dzie ju� za p�no. Przy�pieszy�a
kroku, zagryzaj�c wargi i czuj�c Pod stopami rozgrzewaj�cy si� pok�ad.
Okaleczony szczur znajduj�cy si� kilka krok�w przed ni�
zakaszla� nagle i znieruchomia�.
- Vyann! - ozwa� si� za jej plecami jaki� g�os.
Obr�ci�a si� jak sp�oszona sarma.
Przed ni� sta� Gregg i chowa� paralizator. Id�c cicho tu�
za ni� korytarzem nie m�g� oprze� si� ch�ci zabicia szczura. Z g�ow� spowit� w
banda�e zmieni� si� nie do poznania. Pozosta�o�� jego lewego ramienia by�a tak�e
obanda�owana i przywi�zana do koszuli. W czerwieniej�cej ciemno�ci widok jego
nie budzi� zaufania.
Vyann nie mog�a opanowa� dreszczu przera�enia. Gdyby z
jakiegokolwiek powodu chcia�a wezwa� pomocy, nikt by jej w tym zapad�ym k�cie
nie us�ysza�.
Podszed� bli�ej i dotkn�� jej ramienia. W�r�d zwoj�w
banda�y dostrzeg�a jego wargi.
- Chcia�bym z pani� i��, inspektorze - powiedzia� spokojne.
- Szed�em za pani� ca�y czas. Tam ju� nic po mnie.
- Dlaczego szed�e� za mn�? - spyta�a cofaj�c r�k�.
Wydawa�o jej si�, �e pod mask� banda�y widzi jego u�miech.
- Co� jest nie w porz�dku - rzek� powoli cedz�c s�owa, a
widz�c, �e dziewczyna go nie rozumie, doda�: - Mam na my�li statek. Koniec z
nami. Gaszenie �wiate�. Czuj� to w ko�ciach... Pozw�l mi i�� ze sob�, Laur,
jeste� tak... Och, chod�my, robi si� gor�co.
Bez s�owa ruszy�a naprz�d. Nie wiedzia�a dok�adnie
dlaczego, ale mia�a oczy pe�ne �ez. Ostatecznie znale�li si� w tych samych
tarapatach...
Podczas gdy Marapper rozpacza� nad zw�okami Zaca Deighta,
Complain kr��y� po komorze powietrznej badaj�c jej mo�liwo�ci obronne. Je�eli
Giganci nadci�gn� z Ziemi w du�ej liczbie, nale�y broni� tego miejsca. To by�o w
tej chwili najwa�niejsze zadanie. W �cianie komory znajdowa�y si� �ci�le
dopasowane drzwi prowadz�ce do jakiego� przedpokoju. Complain otworzy� je.
Przedpok�j by� ma�ym, owalnym pomieszczeniem, z kt�rego
mo�na by�o nadzorowa� akcj� przebiegaj�c� w komorze. Le�a� tam na prymitywnej
pryczy cz�owiek.
By� to Bob Fermour.
Z przera�eniem patrzy� na swego by�ego towarzysza, gdy�
przez otwarty zaw�r powietrzny s�ysza� doskonale wszystko, co dzia�o si� po
drugiej stronie drzwi. Delikatne przes�uchanie, jakiemu zosta� poddany przez
Scoyta i jego przyjaci�, przerwane wprawdzie przez gwa�towne wtargni�cie
Gigant�w, pozbawi�o go jednak prawie ca�kowicie sk�ry na plecach, a tak�e w
znacznej mierze odporno�ci psychicznej. Mia� tutaj czeka� na statek ratowniczy z
Ziemi, podczas gdy jego wybawiciele wr�cili do Curtisa. By� ca�kowicie
przekonany, �e za chwil� uda si� w D�ug� Podr�.
- Roy, nie r�b mi krzywdy! - b�aga�. - Powiem ci wszystko,
co powiniene� wiedzie�, zdradz� ci co� takiego, czego si� nawet nie domy�lasz.
Wtedy nie b�dziesz chcia� mnie zabija�!
- Nie mog� si� tego wprost doczeka� rzek� gro�nie Complain
- ale ty p�jdziesz ze mn� wprost do Rady, aby im to wszystko powiedzie�. Uwa�am,
�e to niebezpieczne samemu wys�uchiwa� takich zwierze�.
- Tylko nie w g��b statku! Roy, b�agam ci�! Mam tego ju�
dosy�. Nie znios� tego wi�cej!
- Wstawaj ! - powiedzia� ostro Complain. Chwyci� Fermoura
za r�k�, �ci�gn�� z pos�ania i wepchn�� do komory. Nast�pnie �agodnie kopn��
Marappera w obfity kap�a�ski ty�ek.
- Powiniene� ju� dawno wyrosn�� z tych bzdur, kap�anie -
powiedzia�. - Nie mamy czasu do stracenia. Musimy sprowadzi� Scoyta, Gregga i
wszystkich pozosta�ych na ten pok�ad, aby dokona� zmasowanego ataku, gdy tylko
przyb�d� Giganci. Wydaje mi si�, �e jedyn� szans�, jaka nam jeszcze pozosta�a,
jest opanowanie ich statku, jak tylko si� pojawi�.
Czerwony na twarzy kap�an podni�s� si� z kolan i zacz��
poprawia� p�aszcz otrzepuj�c si� jednocze�nie z kurzu. Ca�y czas manewrowa� tak,
aby Complain znalaz� si� mi�dzy nim a Fermourem, na kt�rego patrzy� jak na
zjaw�.
- S�dz�, �e masz racj� - rzek� zwracaj�c si� do Complaina -
chocia� jako mi�uj�cy pok�j cz�owiek bardzo bolej� nad rozlewem krwi. Musimy
b�aga� �wiadomo��, aby to by�a raczej ich krew ni� nasza.
Pozostawiaj�c starego radc� tam, gdzie upad�, wypchn�li
Fermoura z komory na brudny korytarz i do w�azu, kt�rym przybyli. Po drodze
us�yszeli jaki� szmer, kt�ry nasila� si� w miar�, jak zbli�ali si� do w�azu.
Przy klapie zatrzymali si� jak wryci. Pod ich nogami, tunelem inspekcyjnym gna�y
szczury. Ich oczy b�yska�y czerwono w �wietle latarki Marappera, ale szczury ani
na chwil� nie przerwa�y swego pochodu w stron� przedniej cz�ci statku. Ma�e i
du�e, br�zowe, szare i brunatne, niekt�re z przymocowanymi do grzbietu
t�umokami, par�y naprz�d p�dzone ob��dnym strachem.
- Nie mo�emy t�dy zej��! - rzek� Complain i na sam� my�l,
co by mog�o wtedy nast�pi�, poczu� skurcz �o��dka.
Masa szczur�w sun�a z ogromn� determinacj� i wida� by�o,
�e nic nie jest w stanie jej zatrzyma�. Mo�na by s�dzi�, �e b�dzie tak wiecznie
p�yn�� pod ich nogami.
- Na statku musi si� dzia� co� strasznego! zawo�a� Fermour.
W tej przera�aj�cej, kosmatej rzece uton�� ca�y jego strach przed tymi, kt�rzy
byli kiedy� jego przyjaci�mi. Okoliczno�ci znowu ich ��czy�y.
- W szafce komory powietrznej - m�wi� dalej - znajduje si�
skrzynka z narz�dziami. Powinna tam by� pi�a tarczowa. Za jej pomoc� mo�emy
otworzy� sobie drog� do centralnej cz�ci statku!
Pobieg� z powrotem t�dy, kt�r�dy przyszli, i wr�ci� po
chwili a workiem, w kt�rym co� grzechota�o. Otworzy� go szybko i wyci�gn��
r�czn� atomow� pi�� z kolistym ostrzem. Na ich oczach z przera�liwym zgrzytem
narz�dzie wyci�o w �cianie du�y„ nieforemny otw�r. Przedostali si� pracz niego
z trudem kieruj�c si� instynktownie w stron� znanej im cz�ci pok�adu. Ponownie
us�yszeli d�wi�k uderze�, jakby nieregularne bicie serca. Sprawia�o ta takie
wra�enie, jakby w czasie gdy przebywali w komorze powietrznej, statek nagle
o�y�. Niszczyciele Scoyta wyra�nie dzia�ali dalej... W miar� posuwania si�
naprz�d powietrze coraz bardzie g�stnia�o, w ciemno�ciach snu� si� dym. Jaki�
znajomy g�os wzywa� Camplaina.
Min�li zakr�t i zobaczyli Vyamn i Gregga. Dziewczyna
rzuci�a si� Complainowi na szyj�.
Pospiesznie poinformowa� j� o aktualnej sytuacji, ona za�
opowiedzia�a mu o zniszczeniach dokonywanych na dwudziestych pok�adach statku.
Nie zd��y�a jeszcze sko�czy�, gdy �wiat�o rozjarzy�o si� gwa�townie i zgas�o.
Pogas�y tak�e �wiat�a kontrolne, si�a ci��enia przesta�a dzia�a�, a oni
bezradnie zawi�li w powietrzu.
Z g��bi statku, jakby z p�uc ogromnego wieloryba, wydoby�
si� g�uchy j�k i przetoczy� po jego metalowych wn�trzno�ciach. Po raz pierwszy
poczuli, �e ca�y statek drgn��.
- Statek jest skazany na zag�ad�! - krzykn�� Fermour. - Ci
durnie niszcz� go dalej! Nie musicie ju� obawia� si� Gigant�w, kiedy si� tu
pojawi�, spe�ni� jedynie rol� ekipy ratunkowej poszukuj�cej na wraku spalonych
zw�ok!
- Nikt nie odwiedzie Rogera Scoyta od zadania, kt�rego si�
podj�� - powiedzia�a ponuro Vyann.
- Matko boska! - rzek� Complain. - Sytuacja jest
beznadziejna!
- Nie ma nie beznadziejnego poza ludzkim przeznaczeniem -
powiedzia� Marapper. - Wed�ug mnie najbezpieczniejsi b�dziemy w sterowni. Tam
w�a�nie zamierzam si� uda�, je�eli tylko utrzymam si� na nogach.
- Dobry pomys�, kap�anie - rzek�y Gregg. Mam dosy�
podpalania. Dla Vyann te� b�dzie to najbezpieczniejsze miejsce.
- Sterownia! - powt�rzy� Fermour. Ale� oczywi�cie...
Complain nie odezwa� si�. W milczeniu porzuci� plan
doprowadzenia Fermoura przed oblicze Rady, by�o ju� na to za p�no. W tych
warunkach nie istnia�a tak�e nadzieja na odparcie Gigant�w.
Niezdarnie i nies�ychanie powoli ca�a grupa pokona�a
odleg�o�� dziewi�ciu pok�ad�w dziel�cych ich od owalnego pomieszczenia ze
zniszczonymi sterami. Wdrapali si� w kopcu z trudem po kr�tych schodach i
przele�li przez otw�r zrobiony wcze�niej przez Complaina i Vyann.
- To zabawne - rzek� Marapper. - Pi�ciu z nas wyruszy�o z
Kabin, aby dotrze� do tego miejsca, a ostatecznie trzech z nas tego dokona�o!
- Du�o nam z tego przysz�o - powiedzia� Complain_ - Do dzi�
nie wiem, dlaczego w og�le poszed�em z tob�, kap�anie.
- Urodzeni przyw�dcy nie musz� takich spraw wyja�nia� -
odpar� skromnie Marapper.
- Ale� tak, w�a�nie tu jest nasze miejsce - powiedzia�
podniecony Fermour. O�wietli� latark� ca�e pomieszczenie, ogl�daj�c stopione w
jedn� mas� przyrz�dy. - Ale stery s� dobre. Gdzie� tutaj znajduje si�
urz�dzenie, kt�re zamyka wszystkie drzwi mi�dzypok�adowe. S� one wykonane z tego
samego stopu co kad�ub i du�o czasu up�ynie, zanim ogie� je ruszy. Je�eli tylko
uda mi si� znale�� to urz�dzenie...
Machn�� pi�� atomow� dla podkre�lenia tego, co mia� zamiar
zrobi�, szukaj�c jednocze�nie pulpitu.
- Musimy uratowa� statek! - ci�gn�� dalej. - Istnieje
szansa, �e nam si� to uda, je�eli tylko przerwiemy ��czno�� mi�dzy pok�adami.
- Niech szlag trafi statek! - powiedzia� Marapper. - Nie
pozostaje nam nic innego, jak tylko trzyma� si� razem, dop�ki si� st�d nie
wydostaniemy.
- Nie wydostaniecie si� st�d - rzek� Fermour. - Lepiej
b�dzie, je�eli sobie to w por� u�wiadomicie. �adne z was nie dostanie si� na
Ziemi�. Wasze miejsce jest na statku i tu musicie pozosta�. To jest Podr� non
stop, bez ko�ca.
Complain odwr�ci� si� gwa�townie.
- Dlaczego to m�wisz? - zapyta� g�osem tak pe�nym napi�cia,
�e prawie go nie by�o s�ycha�.
- To nie moja wina - rzek� pospiesznie Fermour wietrz�c
niebezpiecze�stwo. - Sytuacja jest niew�tpliwie okropna i to dla ka�dego z nas.
Statek znajduje si� na orbicie oko�oziemskiej i na niej musi pozosta�. Tak
brzmia�o zarz�dzenie Rz�du �wiatowego, gdy powo�ano Ma�ego Psa do sprawowania
kontroli nad statkiem.
Complain machn�� gniewnie r�k�.
- Dlaczego? - spyta�a b�agalnie Vyann. Dlaczego statek musi
tu zosta�? To takie okrutne... Jeste�my lud�mi z Ziemi. Ta straszna podw�jna
podr� na Procyona i z powrotem sko�czy�a si�, a my�my w jaki� niezrozumia�y
spos�b j� przetrwali. Czy nie powinni... och, ja nie wiem, co si� dzieje na
Ziemi, ale czy ludzie nie powinni by� zadowoleni, �e wr�cili�my? Szcz�liwi?
O�ywieni?...
- Kiedy statek, Wielki Pies, jak go dowcipnie nazwano przez
zabawn� aluzj� do konstelacji Ma�ego Psa, do kt�rej zosta� wys�any, wracaj�c
ostatecznie ze swej d�ugiej podr�y zosta� wykryty przez teleskopy, ka�dy
mieszkaniec Ziemi by�, jak pani m�wi, szcz�liwy, o�ywiony, zadowolony - Fermour
przerwa�. Wszystko to zdarzy�o si� jeszcze przed jego urodzeniem, ale fakty zna�
dok�adnie z opowiada�. Wys�ano sygna�y w kierunku statku - podj�� ale pozosta�y
one bez odpowiedzi. A jednak statek ca�y czas mkn�� w kierunku Ziemi. By�o to
zupe�nie niewyt�umaczalne. Wprawdzie wyszli�my ju� z technologicznej ery naszej
cywilizacji, ale szybko zbudowano fabryki i ca�a flotylla ma�ych statk�w zosta�a
wys�ana na spotkanie Wielkiego Psa. Mia�y one ustali�, co si� sta�o na
pok�adzie. Zr�wnano szybko�� ma�ych statk�w z pr�dko�ci� tego kolosa, po czym
ludzie weszli do �rodka. Odkryli... no tak, odkryli, �e na statku w wyniku
jakiej� dawnej katastrofy panuje Czarny Wiek.
- Dziewi�ciodniowa zaraza! - wyszepta�a Vyann.
Zdziwiony, �e ona wie, Fermour skin�� g�ow�.
- Nie mo�na by�o pozwoli�, aby statek lecia� dalej -
powiedzia� - gdy� w ten spos�b m�g�by p�dzi� wiecznie przez galaktyczn� noc.
Stery znaleziono w tym samym stanie, w jakim je teraz widzicie - zniszczone,
prawdopodobnie przez jakiego� szale�ca, wiele pokole� temu. Wy��czono si��
nap�dow� u samego jej �r�d�a, a statek wci�gni�to na orbit�, przy czym ma�e
statki wykorzystuj�ce grawitacj� s�u�y�y jako holowniki.
- Ale czemu zostawiono nas na pok�adzie? - rzek� Complain.
- Dlaczego nie zabrali�cie nas na Ziemi�, kiedy statek by� ju� na orbicie? Laur
ma racj�, �e to by�o okrutne, nieludzkie!
Fermour potrz�sn�� g�ow�.
- To co nieludzkie by�o w�a�nie na statku -powiedzia�. -
Ot� za�oga, kt�ra prze�y�a zaraz�, uleg�a nieznacznej modyfikacji
fizjologicznej. Nowe bia�ko przenikaj�c do ka�dej kom�rki przyspieszy�o jej
metabolizm. To przy�pieszenie, pocz�tkowo niezauwa�alne, wzrasta�o z ka�dym
pokoleniem i teraz �yjecie cztery razy szybciej, ni� powinni�cie.
Gdy to m�wi�, ogarn�a go ogromna lito��, ale ich twarze
by�y nadal pe�ne niedowierzania.
- K�amiesz, aby nas wystraszy� - rzek� Gregg, a jego oczy
b�yszcza�y po�r�d banda�y.
- Nie k�ami� - powiedzia� Fermoar. - Zamiast przewidzianych
dla normalnego cz�owieka osiemdziesi�ciu - wasze �ycie trwa zaledwie dwadzie�cia
lat. Element przyspieszenia nie rozk�ada si� r�wnomiernie na ca�e wasze �ycie.
Rozwijacie si� du�o szybciej jako dzieci i po w miar� normalnym okresie
dojrza�o�ci nagle przychodzi staro��.
- Przecie� my by�my odkryli ten �ajdacki spisek! - zawy�
Marapper.
- Nie - odpar� Fermour. - Nie mogliby�cie odkry�.
Jakkolwiek jest wok� was pe�no jego oznak, to jednak nie mo�ecie ich dostrzec
nie maj�c �adnego punktu odniesienia. Przyj�li�cie na przyk�ad za zjawisko
naturalne fakt, �e jedna sen-jawa na cztery jest ciemna. �yj�c cztery razy
szybciej nie mogli�cie zauwa�y�, �e cztery wasze dni albo sen-jawy to w
rzeczywisto�ci jeden prawdziwy dzie�. Kiedy statek by� jeszcze pe�nosprawny, w
drodze na Procyona, od p�nocy do godziny sz�stej rano wygasa�o automatycznie
�wiat�o. Mia�o to na celu wywo�anie wra�enia, �e zapad�a noc, a tak�e
umo�liwienie obs�udze dyskretnego dokonywania niezb�dnych napraw. Ta kr�tka
sze�ciogodzinna przerwa to dla was ca�y dzie�.
Nagle zacz�li rozumie�. Dziwne, ale wydawa�o im si�, �e to
zrozumienie nie przysz�o z zewn�trz, �e tkwi�o w nich niby w jaki� mistyczny
spos�b uwi�ziona prawda. Fermoura opanowa�o ogromne zadowolenie, �e mo�e im
powiedzie� wszystko, co najgorsze. �e mo�e to powiedzie� tym, kt�rzy go
torturowali. Pragn�c niezw�ocznie da� im odczu�, jak ma�o s� warci, ci�gn�c
dalej
- To dlatego my, prawdziwi Ziemianie, nazywamy was
zawrotkami; po prostu �yjecie tak szybko, �e przyprawiacie nas o zawr�t g�owy.
Ale to jeszcze nie wszystko! Wyobra�cie sobie ten wielki statek funkcjonuj�cy
nadal automatycznie, pomimo �e nikt nim nie steruje. Zaopatruje on was we
wszystko, z wyj�tkiem tego, w co was zaopatrzy� nie mo�e: a wi�c �wie�ego
powietrza, �wie�ych witamin i promieni s�onecznych. Ka�de z waszych kolejnych
pokole� jest mniejsze. Natura sama reguluje te sprawy, a w tym wypadku po prostu
wprowadzi�a oszcz�dno�ci w tworzywie ludzkim. Inne elementy, jak na przyk�ad
krzy�owanie si� wewn�trz pewnej zamkni�tej spo�eczno�ci, zmieni�y was tak
dalece, �e ostatecznie uznali�my was za ca�kowicie odr�bn� ras�. Faktycznie
jeste�cie tak idealnie zaadaptowani do waszego �rodowiska naturalnego, �e
w�tpliwe, czy by�cie prze�yli przeniesienie na Ziemi�!
Teraz wiedzieli ju� wszystko, okropna prawda dotar�a do
nich z ca�� jasno�ci�. Fermour odwr�ci� si�, aby nie patrzy� na ich oniemia�e
twarze. Wstydzi� si� swego triumfu. Zaj�� si� metodycznym poszukiwaniem pulpitu
sterowniczego. Znalaz� go po chwili w�r�d g�uchego milczenia i za pomoc� pi�y
zacz�� usuwa� sczernia�� obudow�.
- A wi�c my nie jeste�my lud�mi...! - zawo�a� Complain.
M�wi� w�a�ciwie tylko do siebie. - Powiedzia�e� nam to wyra�nie. Nasze czyny,
nadzieje, cierpienia, mi�o��... tego w og�le nie by�o. Jeste�my tylko ma�ymi
�miesznymi nerwowo skacz�cymi mechanicznymi zabawkami. Chemicznie nap�dzane
lalki... O Bo�e!
Zamilk� i wtedy wszyscy us�yszeli d�wi�k. By� to ten sam
odg�os, kt�ry s�yszeli w tunelu inspekcyjnym: miliony szczur�w niepowstrzymanie
gnaj�cych korytarzami statku.
- One id� do nas! - wrzasn�� Fermour. - Nadchodz�!
Znale�li�my si� w �lepym zau�ku! Zalej� nas! Rozszarpi� na kawa�ki!
Gwa�townie oderwa� go�ymi r�kami obudow� pulpitu i odrzuci�
za siebie. Spoczywa�y pod ni� osiemdziesi�t cztery nie os�oni�te niczym podw�jne
kable. Za pomoc� pi�y Fermour pospiesznie pospina� kolejno wszystkie kable
parami. B�ysn�y iskry i straszliwy odg�os zbli�aj�cej si� armii gryzoni ucich�
raptownie. Pok�ady zosta�y odci�te jeden od drugiego i wszystkie drzwi
mi�dzypok�adowe na ka�dym poziomie zatrzasn�y si� przerywaj�c wszelk� ��czno��.
Dysz�c ci�ko Fermour opar� si� o pulpit. Uda�o si�, ale
dos�ownie w ostatniej chwili. Na my�l o tym, jak bliski by� straszliwej �mierci,
zacz�� wymiotowa� na pod�og�.
- Popatrz na niego, Roy! - krzykn�� ironicznie Gregg
wskazuj�c zdrow� r�k� na Fermoura. - M�wi�c o nas nie mia�e� racji! Jeste�my
r�wnie dobrzy jak on, a nawet lepsi. On jest zupe�nie zielony ze strachu...
Zbli�a� si� do Fermoura z zaci�ni�t� pi�ci�. Marapper
szed� tu� za nim wyci�gaj�c po drodze n�.
- Kto� musi zap�aci� za to ca�e potworne z�o - rzek� kap�an
przez zaci�ni�te z�by - i to w�a�nie ty, Fermour. Jako zap�ata za cierpienia
dwudziestu trzech pokole� udasz si� w D�ug� Podr�. To b�dzie �adny gest!
Fermour bezradnie wypu�ci� pi�� z r�ki nie usi�uj�c si�
nawet broni�. Nie rusza� si�, milcza�, zupe�nie jakby podziela� punkt widzenia
kap�ana. Marapper i Gregg zbli�ali si� do niego powolnym krokiem, a za nimi
stali w bezruchu Complain i Vyann.
W momencie gdy Marapper uni�s� w g�r� n�, wielk� kopu��,
pod kt�r� si� znajdowali, wype�ni� dono�ny szcz�k. Zamkni�te od czasu kapitana
Gregory'ego Complaina �aluzje otworzy�y si� w niewyja�niony spos�b, ods�aniaj�c
ogromne okna. Trzy czwarte otaczaj�cej ich kopu�y zajmowa�a teraz panorama
kosmosu. Spoza hysliny tungstenu patrzy� na nich wszech�wiat. Po jednej stronie
statku intensywnie p�on�o s�o�ce, po drugiej Ziemia i Ksi�yc przypomina�y
roz�arzone kule.
- Jak to si� sta�o? - spyta�a Vyann, gdy ju� zamilk�y echa
otwieraj�cych si� �aluzji.
Rozejrzeli si� niepewnie doko�a. Nic si� nie porusza�o.
Z g�upi� min� Marapper schowa� n� do kieszeni. Widok by�
zbyt wspania�y, aby go bruka� krwi�; nawet Gregg odwr�ci� si� od Fermoura.
�wiat�o s�oneczne zalewa�o ich obezw�adniaj�c� powodzi�. Wreszcie Fermour
odzyska� g�os.
- Wszystka b�dzie w porz�dku - rzek� spokojnie. - Nie
b�jcie si�. Ma�y Pies przy�le statek, ogie� zostanie ugaszony, szczury
wyt�pione, wszystko uporz�dkowane. Otworzymy znowu drzwi na pok�ady i b�dziecie
mogli �y� jak dawniej.
- Nigdy! - powiedzia�a Vyann. - Niekt�rzy z nas po�wi�cili
ca�e �ycie, aby wydosta� si� z tego grobowca. Pr�dzej umrzemy, ni� zostaniemy
tutaj.
- Tego si� w�a�nie obawia�em - rzek� Fermour p�g�osem,
jakby do siebie. - Spodziewali�my si�, �e taki dzie� nadejdzie. Ju� inni przed
wami odkryli wiele tajemnic, ale zawsze udawa�o nam si� w por� ich zmusi� do
milczenia. No c�, mo�e by�cie si� nawet zaadaptowali na Ziemi, tak jak niekt�re
wasze dzieci, ale my zawsze...
- „My"! - zawo�a�a Vyann. - M�wisz stale „my". Ale ty
jeste� przecie� Obcy, sojusznik Gigant�w. Co si� ��czy z prawdziwymi Ziemianami?
Fermaur roze�mia� si�, ale nie by� to �miech weso�y.
- Obcy i Giganci to w�a�nie prawdziwi Ziemianie - rzek�. -
Gdy Wielki Pies zosta� umieszczony na orbicie, my, to znaczy Ziemia, zdali�my
sobie spraw� z ci���cej na nas odpowiedzialno�ci. Potrzebowali�cie przede
wszystkim lekarzy i nauczycieli. Potrzebni byli duchowni do zwalczania okrutnych
przes�d�w Nauki, kt�ra jednak mimo swego okrucie�stwa pomog�a wam w jakim�
stopniu przetrwa�. Istnia�y jednak trudno�ci. Lekarze i inni ludzie nie mogli
tak po prostu przedosta� si� przez komory powietrzne i przenikn�� mi�dzy was,
mimo i� dzi�ki kana�om inspekcyjnym i g�stwinie glon�w by�o to mo�liwe. Musieli
by� najpierw szkoleni w Instytucie Ma�ego Psa, aby potrafili porusza� si� i
m�wi� tak szybko, jak to tylko by�o mo�liwe, spa� bardzo kr�tko, s�owem �y� jak
zawrotki. Musieli tak�e znosi� okropny smr�d panuj�cy na statku. Oczywi�cie
mogli to by� tylko wyj�tkowo niscy ludzie, gdy� �adne z was nie ma wi�cej ni�
pi�� st�p wzrostu. Wielu z nich znali�cie i lubili�cie, na przyk�ad doktora
Lindseya i malarza Mellera. Obaj byli Ziemianami �yj�cymi w Kabinach. Byli
Obcymi, a jednocze�nie waszymi przyjaci�mi.
- A ty? - spyta� Complain. Machn�� r�k� ko�o twarzy,
usi�uj�c odp�dzi� mola.
- Ja jestem antropologiem - powiedzia� Fermour - i poza
swoimi badaniami zajmowa�em si� tak�e szerzeniem wiedzy na statku. Przebywa nas
tu wi�cej. Jest to jedyna w swoim rodzaju szansa zbadania mechanizmu dzia�ania
zamkni�tego �rodowiska na osobowo�� cz�owieka. Pozwoli�o to znacznie bardziej
rozszerzy� nasz� wiedz� o cz�owieku i cywilizacji ni� wielowiekowe badania na
Ziemi.
Zac Deight by� tutaj szefem wszystkich, jak ich nazywacie,
Obcych. Zwyk�y okres przeznaczony na prac� w terenie wynosi u nas dwa lata. M�j
pobyt dobiega ko�ca, nie mog� zosta� tu d�u�ej, musz� wraca� do domu, pisa�
prac� o tym, jak by�em Obcym. Przebywanie w terenie przynosi wiele korzy�ci;
jest wprawdzie uci��liwe, ale nie niebezpieczne, chyba �e si� wpadnie w r�ce
wyj�tkowo sprytnych ludzi, takich jak Scoyt. Zac Deight kocha� zawrotk�w...
kocha� was... Pozosta� na statku o wiele d�u�ej, ni� musia�, by walczy� o
popraw� warunk�w bytu dla was, by spos�b my�lenia Dziobowc�w zbli�y� do
normalnego. Mia� w tym bardzo du�e osi�gni�cia, co sami zreszt� mo�ecie
stwierdzi�, por�wnuj�c warunki panuj�ce na Dziobie z warunkami, w jakich �y�y
szczepy z Bezdro�y i Kabin. Zac Deight to by� wspania�y cz�owiek. Humanista jak
Schweitzer w dwudziestym i Turnbull w dwudziestym trzecim wieku. Mo�liwe, �e jak
tylko sko�cz� swoj� prac�, napisz� jego biografi�.
Complain poczu� si� niewyra�nie. Przypomnia� sobie, jak
wraz z Marapperem z zimn� krwi� zabili starego radc�.
- Czy Giganci to po prostu wysocy ludzie? spyta� pragn�c
zmieni� temat.
- Nie wysocy, normalnego wzrostu - wyja�ni� Fermour - to
znaczy sze�� st�p i wi�cej. Do tego nie trzeba by�o dobiera� specjalnie niskich
ludzi; w przeciwie�stwie do Obcych mieli nie by� przez was widziani. By� to
personel techniczny, kt�ry si� tu znalaz�, gdy statek by� ju� na orbicie, i w
tajemnicy zacz�� go przystosowywa�, tak aby sta� si� dla was wygodnym i
odpowiednim miejscem do �ycia. Zapiecz�towali stery, na wypadek gdyby kto� je
odkry� i chcia� co� z nimi robi�, bo chocia� zawsze starali�my si� doprowadzi�
do waszej �wiadomo�ci, �e znajdujecie si� na statku, na wypadek gdyby�cie mogli
go opu�ci�, to jednak personel techniczny mia� obowi�zek niszczenia wszystkiego,
czego wykrycie przez was mog�oby ich narazi� na niebezpiecze�stwo.
Ich praca mia�a jednak g��wnie charakter konserwatorski.
Naprawiali wodoci�gi, przewody wentylacyjne, przecie� pami�tasz, Roy, jak
spotka�e� Jacka Randalla i Jocka Andrewsa, gdy usuwali pow�d� w basenie
k�pielowym. Zabili mn�stwo szczur�w, ale szczury by�y chytre. Wiele gatunk�w
zmieni�o si� bardzo od czasu opuszczenia Procyona V. Teraz gdy wi�kszo��
szczur�w znajduje si� na Pok�adzie 2, zlikwidujemy je za jednym zamachem.
Pier�cienie, kt�re nosimy my i tak zwani przez was Giganci,
s� odpowiednikiem kluczy, u�ywanych przez personel techniczny jeszcze wtedy,
kiedy statek znajdowa� si� na kursie. Klucze te i tunele inspekcyjne, kt�rymi
mo�na by�o swobodnie wyj��, pozwala�y nam z wami jako� wsp�y�. Mieli�my na
statku tajn� central�, dok�d czasem mo�na by�o si� wymkn��, aby co� zje�� i
wyk�pa� si�. Tam prawdopodobnie umiera teraz Curtis, o ile nie uratowa�o go
zamkni�cie pok�ad�w.
Curtis nie jest typem cz�owieka, kt�ry odnosi sukcesy w
pracy. Jest na to zbyt nerwowy. Pod jego kierownictwem os�ab�a dyscyplina i
pope�niono liczne b��dy. Ten biedak, kt�rego Gregg zrani� w��czni� i kt�ry mia�
przy sobie t� nieszcz�sn� spawark�, pracowa� w Bezdro�ach sam, zamiast we
dw�jk�, jak przewiduj� przepisy. By� to jeden z b��d�w Curtisa. Mimo wszystko
mam nadziej�, �e on si� jako� uratuje.
- To znaczy, �e wy�cie si� nami po prostu opiekowali! Nie
chcieli�cie nas wystraszy�, co? - spyta� Gregg.
- Oczywi�cie, �e nie - odpar� Fermour. Nasze przepisy
wyra�nie zabraniaj� zabijania zawrotk�w. Nikt z nas nie nosi przy sobie broni.
Legenda, �e Obcy powstaj� samoistnie z resztek gnij�cych glon�w, by�a tylko
dziecinnym przes�dem zawrotk�w. Nie chcieli�my was niepokoi�, naszym zadaniem
by�o nie�� wam pomoc.
Gregg roze�mia� si� kr�tko.
- Rozumiem - powiedzia�. - Po prostu grono zacnych nianiek
dla nas, biednych tuman�w, co? Czy nigdy nie przysz�o wam do g�owy, skurwysyny o
wielkich sercach, �e gdy�cie nas pie�cili i prowadzili na nas te swoje badania,
my�my przeszli przez piek�o? Popatrz na mnie! Popatrz na mego towarzysza Hawla i
na tych biedak�w, kt�rzy mi podlegali! Nie zapominaj o tych, kt�rzy byli tak
zdeformowani, �e natykaj�c si� na nich w Bezdro�ach zabijali�my ich z lito�ci!
Policzmy: dwadzie�cia trzy mniej siedem... Szesnastu pokoleniom pozwolili�cie
�y� i umiera� tutaj, tak blisko Ziemi, pozwolili�cie na to, aby�my cierpieli
wszystkie mo�liwe katusze, i jeszcze uwa�acie, �e�cie zas�u�yli na medale? Daj
mi ten n�, Marapper, zaraz wyprujemy bebechy temu zasranemu bohaterowi!
- �le mnie zrozumia�e�! - krzykn�� Fermour. - Powiedz mu,
Complain! M�wi�em, �e wasze �ycie jest przyspieszone. Okres jednego waszego
pokolenia jest tak kr�tki, �e min�o ich dwadzie�cia, zanim Wielki Pies zosta�
odkryty i umieszczony na orbicie. Przysi�gam wam, �e zasadniczy problem jest
nieustannie badany w laboratorium Ma�ego Psa. W ka�dej chwili mog� wynale��
�rodek, kt�ry wstrzykni�ty w �y�y, przerwie obcy �a�cuch peptydowy w waszych
kom�rkach. Wtedy b�dziecie wolni. Nawet teraz...
Przerwa� gwa�townie patrz�c ze zdumieniem w jaki� punkt
sterowni.
Wszyscy spojrzeli w t� sam� stron�. Nawet Gregg si�
odwr�ci�. Z otworu znajduj�cego si� w jednym z rozwalonych pulpit�w wydobywa�a
si� w o�lepiaj�cy blask s�oneczny smuga dymu.
- Po�ar! - krzykn�� Fermour.
- Bzdural - rzek� Complain. Podszed� bli�ej do ci�gle
powi�kszaj�cej si� chmury. Uformowana by�a z tysi�cy moli. Ca�ymi chmarami
wlatywa�y pod kopu�� kieruj�c si� do s�o�ca. Za pierwszymi falangami ma�ych
pojawi�y si� du�e sztuki, przeciskaj�ce si� z trudem przez niewielki otw�r w
pulpicie. Nieprzebrane roje, kt�re lecia�y przed swymi szczurzymi sojusznikami,
dosta�y si� na teren sterowni, zanim gryzonie osi�gn�y pok�ad. Nadlatywa�y
teraz w stale wzrastaj�cej liczbie. Marapper wyj�� paralizator niszcz�c je w
miar�, jak si� pojawia�y.
Ogarn�o ich dziwne odurzaj�ce uczucie, z wiruj�cej chmury
mutant�w emanowa�y jakie� nie doko�czone fragmenty my�li. Oszo�omiony Marapper
przesta� strzela� i owady pojawi�y si� znowu we wzrastaj�cej liczbie. Gdzie� za
p�ytami pulpit�w sterowniczych rozleg� si� trzask wy�adowania elektrycznego.
Hordy moli zablokowa�y po��czenia wywo�uj�c kr�tkie spi�cie.
- Czy one mog� narobi� jakiej� powa�nej szkody? - spyta�a
Vyann.
Complain potrz�sn�� g�ow� daj�c jej tym samym do
zrozumienia, �e nie wie. Ca�y czas walczy� z uczuciem, �e ma g�ow� wypchan�
wat�.
- Statek si� zbli�a! - zawo�a� z ulg� Fermour wskazuj�c na
co� palcem. Male�kie, na tle planety macierzystej, �wiate�ko pozornie prawie si�
nie rusza�o.
Czuj�c okropny zawr�t g�owy Vyann patrzy�a na kad�ub ich
w�asnego statku, Wielkiego Psa. Z wysoko�ci kopu�y znakomicie by�o wida� jego
�ukowaty grzbiet. Pod wp�ywem jakiego� nieokre�lonego impulsu odepchn�a si�
nog� i znalaz�a si� bli�ej szczytu kopu�y, sk�d widok by� bardziej rozleg�y.
Complain p�yn�� obok niej. Po chwili uchwycili si� jednej ze zwini�tych w rolk�
�aluzji. U�wiadomi�a sobie nagle, �e to mole musia�y przypadkowo w��czy� ich
mechanizm, gdy gromadzi�y si� za sterami. Teraz kr��y�y doko�a napawaj�c ich
nadziej�.
Vyann wygl�da�a t�sknie na zewn�trz. Widok planety by� jak
b�l z�ba, musia�a zaraz odwr�ci� g�ow�.
- I pomy�le�, �e oni tu przybywaj� a� z Ziemi tylko po to,
aby nas na zawsze odci�� od s�o�ca... - powiedzia�a.
- Nie zrobi� tego... Nie mog�... - rzek� cicho Complain. -
Fermour jest g�upi, on nic nie wie. Kiedy tamci przyb�d�, Laur, zrozumiej�, �e
zas�u�yli�my na wolno��, na prawo do �ycia na Ziemi. Nie s� przecie� okrutni,
inaczej nie zadawaliby sobie dla nas tyle trudu. Zrozumiej�, �e wolimy raczej
tam umrze� ni� tu �y�.
Gdzie� z do�u doszed� ich huk eksplozji. Do pokoju wlecia�y
kawa�ki metalowych p�yt wraz z martwymi molami i dymem. Vyann i Complain
spojrzeli w d� i zobaczyli, jak Gregg i Fermour odp�ywaj� w stron� �ciany, aby
unikn�� niebezpiecze�stwa. Kap�an pod��a� za nimi bardzo wolno, gdy� podmuch
zarzuci� mu p�aszcz na g�ow� i kr�powa� ruchy. Nast�pny wybuch wyplu� dalsze
masy martwych moli, w�r�d kt�rych trzepota�y si� te, co pozosta�y przy �yciu.
Sterowni grozi� ca�kowity zalew moli. Po drugim wybuchu, gdzie� w g��bi statku
zacz�� narasta� grzmot, s�yszalny nawet przez pozamykane drzwi, grzmot, kt�ry
nasila� si� symbolizuj�c niejako wielowiekow� agoni� statku. Odg�os ten
pot�nia� i Complain poczu� nagle, �e ca�e jego cia�o dr�y w tym samym rytmie.
Vyann bez s�owa wyci�gn�a r�k� wskazuj�c na zewn�trzn�
pow�ok� statku. Wzd�u� ca�ego kad�uba pojawi�y si� poprzeczne szczeliny. Po
czterystu pi��dziesi�ciu latach Wielki Pies rozpada� si�, a grzmot, kt�ry
s�yszeli, by� jego przed�miertnym krzykiem, pot�nym i pe�nym patosu.
- To hamulec bezpiecze�stwa! - krzy�n�� Fermour. Jego g�os
dobieg� ich jakby z oddali. - Mole uruchomi�y hamulec bezpiecze�stwa! Statek
rozpada si� na pojedyncze pok�ady!
By�o to jasne dla wszystkich. Szczeliny przecinaj�ce
szlachetn� lini� grzbietu zmieni�y si� w w�wozy, kt�re po chwili sta�y si�
fragmentami kosmosu. A potem nie by�o ju� statku, tylko osiemdziesi�t cztery jak
gdyby wielkich monet, coraz mniejszych i mniejszych w miar� jak rozsypywa�y si�
w r�ne strony. Ka�da moneta by� to pok�ad, odr�bny zamkni�ty �wiat, niby korek
na bezkresnym oceanie czerni �egluj�cy statecznie wok� Ziemi z przypadkowym
�adunkiem ludzi, zwierz�t i glon�w.
Tego uszkodzenia nie spos�b ju� by�o naprawi�.
- Teraz ju� nie maj� innego wyj�cia, musz� nas zabra� na
Ziemi� - powiedzia�a s�abym g�osem Vyann. Popatrzy�a na Complaina usi�uj�c po
kobiecemu odgadn��, co ich czeka. Pr�bowa�a wyobrazi� sobie wszystkie te
trudno�ci, jakie towarzyszy� b�d� ich przystosowywaniu si� do zupe�nie
odmiennych warunk�w Ziemi. To tak jakby ka�dy z nas dopiero mia� si� urodzi�,
pomy�la�a patrz�c z u�miechem na ca�kiem ju� trze�w� twarz Complaina.
Byli z tej samej gliny. �adne z nich nigdy nie wiedzia�o
dok�adnie, czego naprawd� chce teraz wreszcie mieli okazj� si� przekona�.
nast�pny |